6 powodów za które uwielbiamy rowery!

24 października rowerzyści obchodzili swoje święto, którym jest Międzynarodowy Dzień Rowerów.

 

Choć mówi się, że historia sięga kilkaset lat wstecz, a pierwsze rysunki pojazdu wyposażonego w dwa koła, napęd i kierownicę wyszły ponoć spod ręki Leonarda da Vinci, to jednak nie od razu Rzym zbudowano. Na początku funkcjonował “rower biegowy”, który nie posiadał ani skrętnej kierownicy ani hamulców. Tworzył sztywną konstrukcję, gdzie człowiek odpychał się nogami od ziemi i jechał wyłącznie na wprost. Dopiero XIX wiek przyniósł rewolucję  w postaci skrętnej kierownicy oraz łańcucha napędowego. Dziś podążamy w kierunku coraz to lżejszych rowerów, wyposażonych w napęd elektryczny, który ma odciążyć pedałującego, rowerów z amortyzacją dla downhillowych wariatów lub odjazdowych miejskich rowerów, które mają oddać charakter właściciela.

Przejażdżki na rowerze pomagają nam w utrzymaniu formy, ale prawdziwą kwintesencją jest zapakowanie rowerów do auta lub pociągu i ruszenie w świat. Dopiero wtedy zaczynają się prawdziwe przygody. Oczywiście nie jesteśmy 100% rowerowymi harpaganami. Ja nie robię po 100-150 km dziennie. Wybierając się razem jeździmy rekreacyjnie, tylko gdy Bartek wybiera się sam to szaleje z kolegami.

 

Za co kochamy rower, rowerzystów i rowerowe podróże?

 

 

  • Pomagamy sobie nawzajem!

 

Praktycznie zawsze mamy ze sobą podstawowy zestaw naprawczy – zapasowa dętka, pompka, łyżki do zdjęcia opony. Pewnego dnia przemierzając Bornholm poczułam, że jedzie się jakby ciężej. W głowie od razu krążą myśli: “Ok, mogłam stracić trochę sił. Ok, jest pod górkę. Ok, jadę pod wiatr. Chyba mam formę do dupy, aaale moment, przecież ja praktycznie nie jadę?!” Dopiero kiedy z rezygnacją spuściłam głowę w dół dostrzegłam mojego pierwszego w życiu kapcia w rowerze…W miarę szybko zabraliśmy się do wymiany dętki, mieliśmy wszystko, ale każda mijająca nas osoba dopytywała czy przypadkiem nam nie pomóc czy nie potrzebujemy jakiejś części.

Warto zaszczepić w sobie tą zasadę, kiedy będziemy mijali osobę, która ma widoczny problem z rowerem. To naprawdę mega miłe uczucie być częścią rowerowej społeczności!

 

  •  Wielką niewiadomą przy podróżach z PKP

Temat rzeka, kto próbował ten wie. Rozpoczynając od problemów z zakupem biletu na rower przez zepsute lub niedostosowane wagony.

Wyobraźcie sobie, że wagon z miejscem na rowery jest ostatnim wagonem i  ma zepsute drzwi. Co Wam pozostaje? Wejść drzwiami z drugiej strony wagonu i przeciskać się korytarzem węższym niż kierownica w rowerze uważając, aby przy okazji nie zadrapać żadnego z siedzących pasażerów, którzy nie zawsze pomogą i na chwilę nie przesuną się na bok, aby móc swobodnie przejść.

Innym razem wracamy z kujawsko-pomorskiego i mamy ok. 3 h przesiadki we Wrocławiu, mimo, że wcześniej jedzie TLK do Opola, ale nie ciągnie przedziału na rowery. W takiej sytuacji warto zapytać kierownika pociągu czy nie możemy jednak się zabrać. Zazwyczaj proszą, aby wsiąść z rowerem do pierwszego lub ostatniego wagonu, aby nie przeszkadzać innym pasażerom. Kierownikiem jest chłop – więc podchodzę ja i jak przystało na kobietę robię maślany wzrok. Udaje się! Zgadza się, tylko musimy zapłacić za bilety. Myślę sobie “Co za dobry człowiek z tego konduktora, pokazał ludzką twarz”…dopóki nie woła mi kwoty za bilety, do której nagle magicznie doliczył 20 pln za wystawienie biletu w pociągu.

 

Hitem jest jednak nasza ostatnia podróż. Wyjątkowo jechaliśmy bez rowerów, na całe szczęście. Kupując bilet wybraliśmy wagon bezprzedziałowy (otwarta przestrzeń i dwa rzędzy siedzeń 2+2 przez całą długość wagonu), ale jak się okazało wagon zepsuł się jakiś tydzień wcześniej i zamiast niego jedzie zwykły przedziałowy (8 osób w przedziale tyrkajacych się nawzajem kolankami – uwielbiam). Jednak przecież ktoś mógł kupić bilet na przewóz roweru, więc na jednym zwykłym przedziale (tak, zwykły przedział 8-osobowy, dwie kanapy po lewej i prawej stronie, 45 cm odległości pomiędzy nimi, u góry półka na bagaże), na drzwiach tego zwykłego przedziału została powieszona kartka “miejsce dla rowerów”. Nie dość, że człowiek musi jakoś wcisnąć się przez te wąskie drzwi typu harmonijka – kto choć raz wchodził ten wie ile trzeba się nagimnastykować (niedajboże z sakwami), a pociąg stoi minutę na stacji to nerw jest. Nie ważne, że nie spełnia to najmniejszych kryteriów bezpieczeństwa.

 

  • Przypominamy sobie czasem, że warto coś naprawić zamiast wyrzucić

 

W 2018 roku Bartek wraz z przyjacielem Kornelem wybrali się w podróż tropem korzeni przez Ukrainę. Odwiedzali miejsca, gdzie żyli ich przodkowie oraz aktualni krewni. Ambitny plan to 1000 km podróży. Znacie prawo Murphiego? Bo my znamy doskonale i zdajemy sobie sprawę, że jak coś może się zepsuć to oznacza, że po pokonaniu ok. 500 km Bartkowi pękł bagażnik rowerowy, który utrzymywał dwie sakwy. W zachodniej Europie większość osób szukała by najbliższego sklepu, aby zakupić nowy bagażnik. Niestety powoli zapominamy, że rzeczy można naprawić. Jednak na ukraińskiej wiosce po pierwsze nie było sklepu z akcesoriami dla fanów dwóch kołek, a po drugie wystarczyło, że ktoś znał kogoś innego, kto ma sprzęt, trochę zdolności manualnych i bagażnik został przywrócony do lepszej formy niż pierwotna.

 

  • Poznawanie starych miejsc na nowo

 

Niegdyś byliśmy góromaniakami. Chętnie spędzaliśmy każdy wolny czas na wyżynach, zdobyliśmy wszystkie z 28 szczytów Korony Gór Polskich. Teraz wracamy w poszczególne pasma rowerami. Ostatnio przy okazji wolnego wybraliśmy się na Wielką Sowę (1014 m n.p.m. Wybieramy w miarę krótki podjazd, ale za to po pierwsze stromy, po drugie najeżony kamulcami i konarami drzew. Jazdy w górach dopiero się uczymy, więc co rusz kierownica wędrowała nam do góry i przechylała rower. Doganiały nas 5-latki wchodzące z rodzicami. Opony ślizgały na mokrych kamieniach. Nie zliczę ile razy wkurzony Bartek wygarniał mi, że jak się nie potrafi i nie przygotowuje do jazdy w góry to się po prostu w nie – nie jedzie. Podjazd był mozolny, dzień dość upalny, lał się z nas pot i wzajemna złość. Jednak coś nie pozwalało nam odpuścić i dotarliśmy na szczyt. Przewietrzyliśmy się na szczycie wieży widokowej, a jako nagrodę wybraliśmy długi, łagodniejszy zjazd po bardziej szutrowej ścieżce. Po drodze nałapaliśmy pełno much, bo zjeżdżając zacieszaliśmy jak dzieci, z widoków, z tego że nie odpuściliśmy, że zrobiliśmy to razem.

 

  • Napawanie się widokami

 

Rower zdecydowanie pozwala napawać się pięknymi widokami. Jedziemy wolniej niż samochodem, dostrzegamy więcej elementów otaczającego nas krajobrazu. Możemy przystanąć praktycznie wszędzie, zrobić fotkę lub po prostu popatrzeć. Damy radę wjechać na wąską ścieżkę biegnącą wzdłuż morza, wjedziemy na przełęcz czy szczyt, aby zobaczyć malowniczy krajobraz.

 

  • Hartowanie ducha, czyli nasz tegoroczny nr 1 – #podwiatr

 

Hartowanie, bo jazda odbywa się w naprawdę różnych warunkach. Naszym szczęściem jest to, że niezależnie czy zaplanujemy jechać ze wschodu na zachód, z południa na północny-zachód i tak zazwyczaj jedziemy pod wiatr. I choć znamy taką stronę jak windy.com to los zawsze śmieje nam się…dmuchając prosto w twarz. Wiatr jest z jednej strony bardzo demotywujący, bo spowalnia nas. Dodatkowo często podróżujemy z sakwami, dzięki którym opór powietrza jest jeszcze większy. I to właśnie ten opór nauczył mnie zabierać coraz mniej rzeczy ze sobą. Lepiej rozplanowywać ich umiejscowienie na rowerze. Przede wszystkim uczy nieustannie, że mimo przeciwności trzeba naciskać pedał i do przodu. Często na rowerze nie ma wyjścia, nie można go rzucić na bok i powiedzieć “Mam dość! Dalej nie jadę!”, (chociaż zdarzało mi się już tak zrobić – w końcu jestem babą), bo zazwyczaj nie ma kto nas zgarnąć, autobusy nie mają przyczepek na rowery (jak na Rugii – rowerowym raju, gdzie autobusy ciągną za sobą przyczepy dostosowane do przewozu rowerów).

Chociaż… Bartek raz złapał stopa z rowerem. Krążąc po kujawsko-pomorskim przeliczył się z czasem i nie zdążyłby na pociąg. Pomyślał “co mi szkoda” i spróbował złapać stopa i dobry los sprawił, że akurat przejeżdżał dobry człowiek z bagażnikiem dachowym! Dzięki temu zdążył na pociąg.

 

Największym szczęściem jest jednak, że mam okazję dzielić rowerową pasję ze swoją drugą połówką. Wspólnie przeżywamy kłótnie (jak ta na wjeździe na Wielką Sowę – a wierzcie mi było ostro!), ale też wspólnie delektujemy się dotarciem do pięknego miejsca, zdobyciem kolejnych kilometrów. Wspólnie planujemy, idziemy na ugodę kiedy jedno ma coś większą ochotę, robimy setki zdjęć, kompletujemy CUDOWNE WSPOMNIENIA! I tego Wam życzymy – kolekcjonujcie wspaniałe wspomnienia 🙂

[Ada]

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *